26 lutego 2014

Cotton ball lights - czyli kolejne zauroczenie

   
    Przeglądałam sobie ostatnio kilka blogów, których właścicielki prezentują wnętrza swoich domów. Zachwycające, zapierające dech w piersiach mieszkania, o pomieszczeniach dopieszczonych do najdrobniejszego szczegółu. Zazdroszczę, choć w głębi duszy zastanawiam się, czy one (te blogerki) mają dzieci? No pierwsze, co mi do głowy przychodzi, to właśnie wizja mojego dziecka i psa w takim dopieszczonym na każdym centymetrze przestrzeni mieszkaniu. Już to widzę oczyma wyobraźni: te cudowne białe kanapy upstrzone śladami łapek mojego Dizla, lepkie ślady linii papilarnych na białych meblach... Chwilowo zostanę przy moich cudownie praktycznych - ciemnoczekoladowych kanapach i szafkach.
   
    Oczywiście znów odeszłam od tematu. No bo zachwycałam się tymi zdjęciami i tymi blogami i natrafiłam na jednym z nich na zdjęcie prześlicznych lampek i przepadłam. No zwyczajnie wpadłam po uszy.  

via
 
via
    
via
   
Cotton ball lights - bo tak nazywają się te cudeńka, to nic innego, jak lampki na sznurze (takie, jak choinkowe), tylko każdą żaróweczkę otacza bawełniana kuleczka. Wygląda to wyjątkowo urokliwie. Pasuje praktycznie do każdego wnętrza: salonu, sypialni, pokoju dziecięcego... Szczególnie w tym ostatnim widziałabym dla cotton balls wiele zastosowań. Niemowlęcy pokoik i sznur kuleczek dających miękkie, delikatne, pastelowe światło. Można zawiesić nad łóżeczkiem, rozłożyć na komodzie, opleść wokół wieszaka. Mmmmm... Rozmarzyłam się... 

via
    
   Wystarczy skomponować swój zestaw kolorystyczny, a możliwości kompozycji są niemal nieograniczone. Na sznurze może być 10, 20, 35, a nawet więcej kul.  Marzę o takich lampkach do pokoju córki. Już chyba nawet wiem, w jakim kolorze. 

Jak Wam się podobają? A może macie cotton balls? 
Dajcie znać, jak się sprawują w użytkowaniu?

Do zobaczenia
L'Arte

23 lutego 2014

Muffiny dla czekoladolubnych

   Muffiny - deser ostatnimi czasy bardzo popularny. Idealny dla wszystkich: małych i dużych. Lubiących kulinarne doświadczenia i tych, którym do kuchni nie po drodze, bo prosty w wykonaniu banalnie. No i nie tak do końca deser, bo jadałam muffinki w wersji na ostro i były całkiem niezłe. Podsumowując niezwykle proste i uniwersalne to danie. Kilka składników, 5 minut roboty i gotowe.
    U mnie ostatnio w wersji mocno czekoladowej, w której zakochali się wszyscy, którzy je jedli. Wilgotne, pełne czekoladowych kawałków z karmelowo - chrupiącą górą. Rozdałam przepisy, to i z Wami się podzielę. Lubicie czekoladę? Wiem - co za pytanie?! No to do dzieła:



Składniki na 12 sztuk:
  • 225 g mąki pszennej
  • 25 g kakao
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g gorzkiej czekolady, posiekanej (lub groszków czekoladowych) - ja użyłam groszków
  • 100 g białej czekolady, posiekanej
  • 2 duże jajka
  • 300 ml kwaśnej śmietany - użyłam 18% śmietany Piątnicy do zup
  • 150 g brązowego cukru
  • 85 g masła, roztopionego

W jednym naczyniu wymieszać składniki suche: mąkę, kakao, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną, cukier. W drugim naczyniu mokre: roztrzepane jajka, śmietanę, masło. Połączyć zawartość naczyń, wymieszać do połączenia składników. Dodać czekoladę, wymieszać. Wychodzi bardzo gęste ciasto, które wygodnie nakłada się do papilotek dwoma łyżkami.
Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, do nich nałożyć ciasto do 3/4 wysokości.  Piec w temperaturze 200ºC przez około 20 - 25 minut, do tzw. suchego patyczka. 
    Cały sekret udanych muffinów tkwi w jednym elemencie: nie mogą piec się zbyt długo, by nie wysuszyły się zbyt mocno. Kiedy tylko patyczek nie jest oklejony ciastem - wyłączamy piekarnik i wyciągamy. Wtedy są wilgotne. Pycha!




I jak? Skusicie się na ten czekoladowy deser?

Do zobaczenia
L'Arte

15 lutego 2014

Best pizza ever, czyli po walentynkowy post

   Kiedy walentynkowe emocje już opadły, miłosne wieczory spędzone, kwiaty w wazonach stoją w centralnych punktach pokoi, ja spokojnie mogę w końcu opublikować mój mało romantyczny post. O pizzy będzie ten post. Ale nie o byle jakiej pizzy. O najlepszej pizzy, jaką kiedykolwiek jadłam. 

    Jako, że mąż mój w przeddzień walentynek obchodzi rokrocznie swoje święto, a ze słodyczy jada najchętniej konkrety, postanowiłam, że przygotuję to, co lubimy wszyscy. I to był strzał w dziesiątkę. Wymyślne kolacje przechodzą u nas tylko w restauracji. W domu przygotowujemy dania sprawdzone i smaczne. A pizza na urodziny, to całkiem niezły pomysł.

pizza, kolacja, walentynki, urodziny, kuchnia, pieczenie


    Odkąd znalazłam ten przepis na ciasto - źródło i dokładne instrukcje wykonania znajdziecie TUTAJ, korzystam już tylko z niego. Dodatek mąki orkiszowej powoduje, że pizza jest puszysta, ale jednocześnie z chrupiąca skórką. A i w smaku trochę inna, niż na zwykłej mące pszennej. Zaopatrzcie się więc w mąkę orkiszową TYP 700 i do dzieła. 

SKŁADNIKI NA CIASTO: 
  • 400 g mąki pszennej
  • 100 g mąki orkiszowej chlebowej
  • 330g letniej wody (ja daję ok.250g)
  • 2-4 łyżki oliwy z oliwek
  • sól
  • 15 g drożdży świeżych lub 7 g suszonych (polecam świeże, a robiłam już z obu wariantów)

SOS POMIDOROWY:

  • puszka pomidorów bez skórki
  • 1 łyżeczka oregano
  • 1 łyżka brązowego cukru
  • sól
  • pieprz
Składniki sosu zagotowujemy, doprawiamy i blendujemy. Przygotowanym sosem smarujemy surowe ciasto.

 
    Wszystkie składniki ciasta wrzucamy do miski. Jeśli używamy świeżych drożdży, najpierw rozprowadzamy je w letniej wodzie, a dopiero potem dodajemy do suchych składników. Porządnie i długo wyrabiamy ciasto. Ma być idealnie gładkie, lecz trochę luźne. Nie dodawajcie jednak więcej mąki. Po wyrośnięciu będzie idealne. Wyrobione ciasto odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce (ja wstawiam do piekarnika z włączonym światłem). Czasem wystarczy godzina, czasem potrzeba trochę dłużej. Ważne, by ciasto podwoiło objętość.

    Wyrośnięte ciasto odgazowujemy i dzielimy na 2 części. Wyjdą z tego dwa ogromne spody pizzy. Ciasto rozwałkowujemy lub rozciągamy palcami na papierze do pieczenia. Z wierzchu smarujemy oliwą (istotny element!), nakładamy sos pomidorowy i dodatki według uznania. 

    Przygotowaną pizzę wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni i pieczemy około 18 minut.




Pozostaje mi tylko życzyć smacznego. Mam nadzieję, że skusicie się i wypróbujecie. Warto! 

A jeśli macie ochotę na pizzę na klasycznym, drożdżowym cieście, to zapraszam: 

Do zobaczenia!
L'Arte

13 lutego 2014

TOP 10 moich ulubionych kosmetyków

    Ogromnie ciężko jest wyselekcjonować 10 najlepszych, najbardziej ulubionych kosmetyków. Szczególnie wówczas, gdy tych ulubionych ma się zdecydowanie więcej. No nic, postanowiłam, że zawężę listę do tych szczególnych i takich, bez których nie wyobrażam sobie codziennego rytuału pielęgnacyjno - makijażowego.

    Subiektywności mojego wyboru chyba nie muszę podkreślać? Każdy ma bowiem inne oczekiwania, inny typ skóry, inne ulubione kolory. Na jakiej więc podstawie uważam, że moje TOP 10 może się Wam przydać? Ano z takiego względu, że każdego dnia testuję dziesiątki kosmetyków do makijażu, a produktów do pielęgnacji używałam równie dużo. Pewne konsystencje uważam więc za lepsze od innych, bardziej skuteczne. A czy Wy się ze mną zgodzicie? Sprawdźmy!




1. Sensai  Silky purifying silk peeling powder - peeling enzymatyczny w proszku
2. Sensai Silky purifying milk soap - mleczne mydełko do twarzy
3. Sensai Cellular performance emulsion III (super moist) - intensywnie nawilżająca emulsja
4. L'Oreal podkład True match
5. Dior korektor skinflash
6. L'Oreal brązer glam bronze
7. Film Maquillage cienie do powiek
8. MAC cienie do powiek
9. Lancome maskara Hypnose Doll Eyes
10. Clarins błyszczyk w tubce Eclat Minute


    Na szczycie listy znalazły się produkty pielęgnacyjne. Nie bez powodu. Nie wyobrażam sobie bowiem pięknego makijażu, bez wcześniejszej pielęgnacji twarzy. Pewnie słyszycie to na każdym kroku i macie już dość tej indoktrynacji. A to prawda, prawda i kropka! Wiecie od czego rozpoczynam wykonywanie makijażu moim klientkom? Od delikatnego muśnięcia dłonią ich skóry na policzku, na czole. Zróbcie to teraz. Co czujecie? Czy Wasza skóra jest miękka, gładka i przyjemna w dotyku? A może szorstka, nierówna, pokryta warstewką sebum? Ja swojej nie mam nic do zarzucenia dzięki pewnemu trio:


    Japońska marka SENSAI i jej dwustopniowy demakijaż i dwuetapowe nawilżanie, to cudowna droga do pięknej skóry. Ja posiadam tylko wybrane produkty pielęgnacyjne, za to są idealnie dopasowane do potrzeb mojej skóry. Jedwab Koishimaru, to cudowny składnik tej wyjątkowej linii.


    
  • PELLING ENZYMATYCZNY - drobny proszek z mikrogranulkami po połączeniu z wodą tworzy jedwabistą chmurkę piany z aktywnymi enzymami rozpuszczającymi martwy naskórek. Idealny dla cer wrażliwych i naczynkowych (mam nieszczęście taką posiadać). Najlepszy, delikatny peeling, jakiego kiedykolwiek używałam. Pojemnik posiada dozownik, który po przechyleniu butelki dozuje idealną, zawsze tę samą miarkę proszku. A takich miarek znajduje się we wnętrzu tej niepozornej buteleczki aż 140! Jedyny minus - cena. Ale podzielcie ją sobie na 140 i zobaczycie, że koszt pojedynczego rytuału pielęgnacyjnego nie jest już tak horrendalny.
  • MLECZNE MYDEŁKO - perłowe płynne mydełko, które po połączeniu z wodą zmienia się w sprężystą chmurkę piany, doskonale oczyszczającej moją skórę z makijażu i sebum. Mydełek jest kilka, dopasowane są do typu skóry. Ja wybrałam "milky", bo moja skóra jest bardzo sucha. Wystarczy ściągnąć spienione mydełko zwilżoną gąbką do demakijażu. Efekt - skóra dogłębnie oczyszczona.
  • EMULSJA INTENSYWNIE NAWILŻAJĄCA - płynna emulsja, która w codziennej pielęgnacji zastępuje krem nawilżający, a w moim przypadku - intensywnie nawilżający (super moist). Duża pojemność - 100 ml (jak podwójny krem) starcza na bardzo długo. W połączeniu z poprzednimi dwoma krokami pielęgnacyjnymi powoduje, że "test dotykowy" zdaję na 5 z plusem.


   Skóra przygotowana, możemy przejść do makijażu. Makijaż zaczynamy oczywiście od podkładu (ewentualnie bazy pod podkład, ale ja bazy uważam za niezbędne tylko przy makijażu "na wyjście"). Ile czasu zajęło Wam odnalezienie podkładu idealnego? Mi...kilka lat. Serio, nie żartuję. Możliwości miałam na szczęście wiele, a i dostęp nieograniczony, więc testowanie szło w miarę sprawnie. Cóż z tego, skoro co chwilę jakiś fluid nie przechodził testu. A jakie miałam wymagania? Niezbyt wygórowane, takie, jak większość z Was pewnie: ma się ładnie dopasować, wyglądać naturalnie, mieć idealny odcień i nadawać skórze piękny, jednolity koloryt. Tylko tyle. Tylko? Widocznie zbyt wiele, skoro na dziesiątki przetestowanych podkładów, tylko jeden spełnił moje wymagania: TRUE MATCH L'Oreala. Nie Diory, Nie Chanele, tylko L'Oreal. I po zużytej nastej butelce za każdym razem modlę się, by nie wpadli nigdy na pomysł, by wycofać go ze sprzedaży.


    Kolejnym moim "must have" jest korektor pod oczy. Taka magiczna różdżka do ukrywania nieprzespanych nocy. Jak dla mnie - produkt niezbędny, choć ja nieprzespanej nocy już dawno nie miałam. Nie do tego mi służy. Żaden inny kosmetyk nie daje takiego natychmiastowego odświeżenia i blasku, jak korektor rozświetlający. A Skinflash Diora jest w tym bezapelacyjnie najlepszy. Rozświetla, ale i nawilża skórę pod oczami. Doskonale służy również, jako baza pod cienie. Jest lekki, ale doskonale spełnia swoją rolę. Mój hit.


    Trzeba przyznać, że do marki L'Oreal mam pewną słabość. Swego czasu pracowałam dla tego koncernu, jako wizażystka. Uwierzcie jednak, że wybierając TOP 10 absolutnie nie kierowałam się sentymentem do marki. Kolejną jednak pozycję na liście topów zajmuje też produkt L'Oreala. GLAM BRONZE - mozaika brązująco - rozświetlająca. Na zdjęciu nie widać tego dobrze, bo pudru tego używam namiętnie - brązer  podzielony jest na 2 części kolorystyczne, a w środku znajduje się rozświetlający kwadracik. Po połączeniu uzyskuję kosmetyk do modelowania w idealnym odcieniu, o subtelnych właściwościach rozpraszających światło. Biszkoptowy brąz, lekko złota poświata - piękny! Ciekawostka - puder dostałam w prezencie do zakupów. Taka promocja. L'Oreal często je organizuje, sprawdzajcie w swoich perfumeriach.


    Cieni do powiek w moim kufrze całe mnóstwo, ale ani przez sekundę nie miałam wątpliwości, które umieszczę na tej liście. Widzicie to zużycie? Udało Wam się kiedykolwiek zużyć cienie w takim stopniu, by zobaczyć dno? Mi nie zawsze się to udaje, ale te dwa cienie używam przy każdym niemal makijażu. To cienie marki FILM MAQUILLAGE. Zakupiłam je jakiś czas temu na targach kosmetycznych. Pudrowy, ciepły róż i jasne złoto. Nie mogę się bez nich obejść. Wkłady cieni tej marki trzymam w palecie, którą można dowolnie komponować.Obok nich cienie marki MAC. Tych mam kilkanaście kolorów i uważam, że są doskonałej jakości. Minusy mają dwa: brak dostępności tej marki w moim mieście i cena.


    A teraz o kosmetyku, bez którego nie może się obejść prawie żadna kobieta. Chyba, że ma permanentnie uzupełnione rzęsy metodą 1:1. O maskarze/ tuszu do rzęs mowa oczywiście. I tutaj muszę się trochę wytłumaczyć, bo ulubieńców w tej kategorii mam więcej, niż jednego. Miałam więc duży dylemat, którego umieścić na tej liście. HYPNOSE DOLL EYES zdobył jednak moje serce różanym zapachem. Tak, nie żartuję - ten tusz pachnie różami. A poza tym cudownie wydłuża i pogrubia rzęsy, nie skleja ich i precyzyjnie dociera do tych zupełnie krótkich, dzięki stożkowej budowie szczoteczki. 

    Last but not least na mojej liście, to karmelowe cudeńko marki CLARINS. Zamknięty w wygodnej tubce, z gąbkowym aplikatorem dawno temu skradł moje serce. Słodki, karmelowy, a na ustach soczysty i delikatny. Nawilża, wygładza i pielęgnuje. Ostatnio gama odcieni powiększyła się, więc można testować i dopasowywać. Ja uwielbiam - błyszczyk Eclat minute. 


        Ufff... Przebrnęliście ze mną? I co sądzicie o mojej liście TOP 10? Czy znajduje się na niej jakiś Wasz ulubieniec? Chętnie poznam Wasze typy.

Do zobaczenia!
L'Arte

12 lutego 2014

Patery, cake stand'y, etażerki - przydasiozbieractwo

    

 TK Maxx - sklep chyba wszystkim znany. Szczególnie ulubiłam sobie w nim stoisko z wyposażeniem kuchni. Nie jestem w stanie zliczyć, jak wiele ładnych i przydatnych rzeczy tam już kupiłam. Nie spędzam niestety każdej chwili w kuchni gotując, piekąc, przyrządzając coraz to wykwintniejsze potrawy. Zwyczajnie lubię się otaczać ładnymi przedmiotami. Może gdybym była blogerką kulinarną, mogłabym to usprawiedliwić kulinarną działalnością i piękną otoczką, jaką należy jej stworzyć. A tak, to mogę to wytłumaczyć tylko li i wyłącznie ( a może aż) estetycznym zamiłowaniem.


      Miewam różne fazy zbieractwa. Obieram sobie jakąś dziedzinę i szukam tak długo, aż znajdę to, na co poluję. Ostatnio padło na patery do ciasta i wszelkiej maści etażerki piętrowe. Większość znalazłam właśnie w TK Maxx'ie, jednak nie mogłam tam dostać prostej, białej patery z delikatnym zdobieniem. 

     
    Cierpliwość moja w tej materii nie zna jednak granic i spokojnie sobie czekałam i poszukiwałam, aż natrafiłam w końcu na tę jedyną. Wyobraźcie sobie, że zdążyłam już nawet wcześniej zakupić do niej klosz szklany, byłam pewna, że prędzej czy później będę go miała na czym postawić.


     W odnalezieniu wymarzonej patery do ciasta pomogła mi strona WESTWING. Znaleźć tam można przepiękne elementy wystroju wnętrz, począwszy od mebli, a skończywszy na dekoracjach w określonych stylach. Gratka dla każdego, kto urządza mieszkanie w konkretnym zamyśle stylistycznym. Jednak nie jest to zwykły sklep internetowy. Przedmioty usystematyzowane są w kampanie tematyczne, te zaś określone konkretnymi przedziałami czasowymi dostępne są krótko. Jeśli otrzymujemy newsletter, jesteśmy na bieżąco i możemy polować na wnętrzarskie cudeńka.


     Wróćmy jednak do mojego cudeńka. Patera na ciasto. Niby taka zwykła, taka prosta i nic takiego, a nigdzie wcześniej  nie mogłam takiej dostać. Miała być biała, z delikatnymi zdobieniami, o średnicy 26 cm. I jest! Taka moja, wymarzona...

Macie ulubione sklepy z elementami wyposażenia wnętrz?A może i Wam udało się coś ładnego ostatnio upolować?





Do zobaczenia!
L'Arte

10 lutego 2014

Zamiłowanie do rzeczy nieistotnych

     
Uwielbiam poświęcać czas na zajęcia, które są z pozoru błahe i nieistotne. Zamiast szorować blaty w kuchni, polerować lustra w łazience, odkurzać, prać i prasować, jak na rasową matkę Polkę przystało - ja potrafię poświęcać godziny przeglądając obrazki na Pintereście lub wycinając z papieru.
    Scrapbooking już od prawie trzech lat jest moim hobby, czasopożeraczem, odskocznią od wariactw dnia codziennego, spinek i nerwówy. Doskonale wiem, jak większość ludzi reaguje, gdy im o tym mówię: skąd Ty masz na to czas?, kiedy Ty to robisz?, szkoda czasu... A dla mnie czasu wcale nie szkoda. I choć część wykonanych rzeczy trafia w świat, a druga część na dno szuflady, ja i tak mam z tego kupę radości. Niestety, kiedy nie wycinam, nie kleję, nie wymyślam - czuje się źle.
    I tak pomiędzy codzienną pracą, chwilami spędzonymi w kuchni, przy odrabianiu lekcji z małą, ścieraniem kurzy i wychodzeniem z psem - wycinam, sklejam, komponuję.
     Na szczęście mam w domu (prawie już) siedmiolatkę, która potrafi docenić mamusine wariactwo. Okazji na szczęście bez liku, by kombinować, tworzyć laurki i inne wytworki. Tym razem to jednak ja, z okazji nadchodzących Walentynek postanowiłam sprawić jej małą radość. Centymetry kwadratowe białej ściany powoli wypełniam kolorami. I tak do piórkowej girlandy nad łóżkiem dołączyła girlanda walentynkowa nad biurkiem.
     Wariactwo? Szkoda czasu? Błahostka? Nie, nie wtedy kiedy siedmiolatka ściska Cię w pasie i mówi: "śliczna! kocham cię mamusiu!". A to tylko girlanda z papieru...
       A Wy? Na co marnotrawicie  swój cenny czas?


9 lutego 2014

Torebki - moja słabość



     Tak, wiem - nie jestem wyjątkowa. Słabość do torebek, butów, ciuchów ma co druga z nas. Nie jestem na szczęście, jak Carrie - bohaterka "Sexu w wielkim mieście", nie wydam ostatniego grosza na szpilki, czy nową sukienkę. Potrafię jednak długo i cierpliwie odkładać/ oszczędzać/ czekać na okazję, by kupić to, co sobie wymarzyłam.


     O mojej słabości do marki Michael Kors mogłyście przeczytać tutaj: prezenty od Mikołaja. Kolekcja rzeczy po mału się rozszerzała, aż do wczoraj... Kiedy to osiągnęłam w tym temacie już chyba całkowite spełnienie. 
     O niej marzyłam długo. Długo zastanawiałam się nad kolorem. 


     Torebka jest średnich rozmiarów. Nie jest to najpopularniejszy model tej marki, który jest trochę większy i nie posiada tych bocznych "kieszonek". Jest idealna dla mnie. W temacie torebek stawiam na proste fasony z delikatnymi zdobieniami. Klasyka to to, co lubię. Granatowa skóra o ciekawej fakturze, którą możecie zobaczyć na zdjęciach plus wstawki w złotym kolorze (bardzo lubię złoto) - idealnie. Dopełnieniem jest portfel o tej samej fakturze skóry, identycznym kolorze, ze złotą plakietką z logo. Jestem w raju. A wszystko to za sprawą męża, który moje modowe upodobania zna, jak nikt inny. I spełnia te zachcianki bez mrugnięcia okiem. Na szczęście zbliżają się moje urodziny, więc mogliśmy "podpiąć" ten upominek pod okoliczność, by nie było wyrzutów sumienia.




    Tak się zachwyciłam torebką i portfelem, że zapomniałam wspomnieć o perfumach. To już moja własna rozpusta. Możecie je znaleźć z perfumeriach Douglas. Występują w trzech wariantach zapachowych. Ja wybrałam wersję CITRUS, w której dominują nuty mandarynki. Jednak ten korsowski cytrus jest bardzo szlachetny. Zresztą, same sprawdźcie wszystkie zapachy tego projektanta. Może Wam akurat przypadnie do gustu ambra lub jaśmin.


     Macie takiego bzika, jak ja na punkcie jakiejś marki? Bo zaczynam się zastanawiać, czy aby wszystko ze mną w porządku...

Do zobaczenia!
L'Arte

5 lutego 2014

Książkopożeracz

    

    Jestem  książkopożeraczem. Tę przypadłość ugruntowały w znacznym stopniu studia, jednak uzależnienie pielęgnuję nadal, długo po ich ukończeniu. Niestety o ile nałóg tytoniowy lub innego rodzaju nie wymaga jakiś szczególnych nakładów czasowych, o tyle na książkę należy wygenerować trochę czasu wolnego, niczym nie zakłóconego.
    Wersja papierowa została przeze mnie odstawiona na bok w momencie, gdy pod świąteczną choinką znalazłam czytnik Kindle. To niezwykle wygodna forma pielęgnowania nałogu dla książkopożeraczy. Wiele książek w jednym małym urządzeniu. Ostatnio jednak na mojej ulubionej stronie: Świat czytników znalazłam idealną wręcz promocję (promocji tam zresztą zawsze pod dostatkiem). Z pomocą kodu i dodatkowej promocji, zakupiłam na stronie www.znak.com.pl 14 książek za 100,06 zł. Ponad 300zł oszczędności zadziałało na moją wyobraźnię. Kilka pozycji z kręgu zainteresowań, kilka biografii, coś dla małego mola książkowego (dzielnie przejmuje nałóg od mamy) oraz kolejna książka z przepisami (ciekawe, kiedy skorzystam z jakiegoś przepisu w niej zamieszczonego, ale mieć musiałam - Ci, którzy mnie podczytują, wiedzą dlaczego).
     Teraz mam pożywki dla nałogu na jakiś czas. A trzecia w tym sezonie choroba z rzędu daje mi mnóstwo możliwości na jego pielęgnowanie. Potem znów wrócę do książek w formacie MOBI...
     Znacie jakieś ciekawe księgarnie internetowe, w których znajdę podobne okazje?

Do zobaczenia!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...